Nawyki żywieniowe dzieci

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas / Polskapresse
Tadeusz Płatek

Nawyki żywieniowe dzieci

Tadeusz Płatek

To, co zjedzą, a co zostawią na talerzu, to niepojęta tajemnica, choć już dawno zgłębiły ją wszystkie restauracje i serwują to, czego młodzi nie zostawią na pewno. W każdej knajpie jest tzw. menu dziecięce, w którym jest zawsze pięć pozycji: spaghetti BOLONIEZE, kotlet z kurczaka z frytkami i surówką z marchewki, NAGETSY, naleśniki z nutellą, zupa pomidorowa i król ambrozji - rosół.

Szynkarze wymyślają na ten kanon rozmaite nazwy, które mają im dodać skrzydeł. Najczęściej zdrabniają i dodają nazwy zwierzątek, no i mamy „rosołek tygryska”, ale ta wyboista droga prowadzi do „kotlecika Świnki Peppy” i „kopytek Kłapouchego”, co by mnie, dorosłemu, nie przeszło, sam już nie wiem przez co.

A gdyby tak każde dziecko, codziennie, aż do uzyskania pełnoletności, jadło wyłącznie te potrawy? Nie stałoby się nic strasznego i mielibyśmy spokój. Oczywiście wyhodowalibyśmy pokolenie ludzi niewrażliwych na smaki, ale przynajmniej byłoby taniej, prościej i w kraju byłoby mniej przemocy kulinarnej. Mniej bezsensownych negocjacji z gatunku „zjedz buraczki, zostaw ziemniaczki”, albo „jeszcze dwa kawałki gulaszu i możesz zmykać”, „bo nie będzie deseru”.

Rolnictwo przeszłoby wyłącznie na marchewkę, marchewkowe pola kontrapunktowałyby hektary ziemniaków, producenci jarmużu poszliby z torbami, trwałoby nadal całopalenie świń, ojczysty festiwal wieprzowiny, musielibyśmy wymyślić narodowy zamiennik nutelli (co się jeszcze nigdy nie udało). Drób jednak odzyskałby wolność, kury latały wolno w przestrzeni publicznej, krowy wyprowadzalibyśmy na spacer, ubrane w kolorowe ciuszki jak w Pendżabie, pozostałoby tylko powołać do życia Narodowy Instytut Deserów i Podwieczorków, który miałby za zadanie odpowiedzieć na odwieczne pytanie - jak zrobić, by było pysznie i słodko.

Kawałki arbuza podane grupie dzieci w wieku 7-14 lat pozostaną nietknięte. Banany znikną ze stołów, ale w połowie przypadków wylądują w koszu. O dziwo - jabłka lepiej zejdą (zwłaszcza, gdy są zielone). Nie da się jednak porównać popularności owoców do popędu batonowego. Cokolwiek jest szczelnie zapakowane w kolorowy papier, staje się obiektem pożądania - nawet gdy opakowanie kryje podrabiany wafelek czekoladopodobny.

Najpewniej NIDiP zleciłby sto ekspertyz, sypnął grantami, rozpatrzył wnioski i doszedł do wniosku, że należy każdy zdrowy deser pakować na tęczowo (ale tak, żeby się komuś coś nie kojarzyło, by nie tknąć cnót dziecięcych). Więcej śmieci - mniej zawałów. Szeleszczenie i recykling - ale za to w zdrowym ciele zdrowy duch, piątka z wuefu i uśmiech państwa domu.

Istnieje jednak ryzyko, że NIDiP zakazałby przygotowywania zupy mlecznej, której nikt nigdy nie chciał jeść, ale na której wychowało się w końcu wybitne pokolenie ludzi wczesnej i późnej komuny, w tym wielu aktualnych mężów stanu, zwanych przez młodych „leśnymi dziadkami”. Czy możemy ryzykować i powierzyć przyszłość ludziom, którzy nie zaznali goryczy na Ziemi?

Tadeusz Płatek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.expressilustrowany.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.