Na Syberii zostały ich rodziny. Ich los jest w naszych rękach

Czytaj dalej
Fot. fot. Archiwum Józefa Maciejewskiego
Szymon Kozica

Na Syberii zostały ich rodziny. Ich los jest w naszych rękach

Szymon Kozica

– Ze Starego Togułu musieli pieszo 
dotrzeć do Bijska. 150 kilometrów. Trzy dni marszu – pan Józef wspomina swoich braci, którzy na ochotnika wstąpili do wojska. Walczyli pod Lenino.

Dnia 25 czerwca 1946 roku nie zapomnę nigdy. Z oddali zauważyłem postać idącą w moim kierunku, w wojskowym mundurze. Wydawała mi się znajoma. Kiedy zbliżyła się, poznałem – to był mój brat Kazik. Serce moje zakołatało, pobiegłem w jego kierunku, wołając: „Kazik, to ty?!”. Wpadliśmy sobie w ramiona, ja z radości się rozpłakałem. Kazik był w oficerskim mundurze, w stopniu porucznika, z orłem na czapce. Natychmiast poszliśmy do domu. Mama, witając się z synem, bardzo płakała. Jaka to była ogromna niespodzianka! Halina, moja starsza siostra, rzuciła się Kazikowi na szyję, objęła go mocno rękoma i też ze łzami w oczach powiedziała: „Witaj, mój ko-chany braciszku”. A i pozostałe rodzeństwo – Marysia, Tonik, Janek – także z ogromną radością przywitało braciszka – wspomina Józef Maciejewski z Żar. Urodził się w Piaskach, powiat Wołkowysk. Później rodzina przeniosła się do Duniłowicz na Wileńszczyźnie. Stąd w czerwcu 1941 roku matkę z siedmiorgiem dzieci zesłano na Sybir.

Paru chłopców zaginęło bez wieści

Po powitaniu Kazik opowiadał. Zaczął od chwili, kiedy w maju 1943 roku razem z bratem Olkiem poszli na ochotnika do polskiego wojska. Ze Starego Togułu musieli pieszo dotrzeć do Bijska. 150 kilometrów. Trzy dni marszu. W Bijsku był punkt zborny, do którego napływali ochotnicy z różnych stron Ałtajskiego Kraju – oto odzew na komunikat zamieszczony w gazecie „Prawda”.

Większość była zdecydowana, że należy wstąpić do wojska i walczyć, bo dla nas i dla naszych rodzin powrotu do Polski nie ma żadną inną drogą. Oprócz mężczyzn do punktu zbornego napływały dziewczyny. Podkreślały, że nie są wcale gorsze od nas, że też chcą walczyć, może nie z bronią w ręku, ale jako pomoc medyczna, sanitariuszki.

Po tygodniu napłynęło bardzo dużo przyszłych żołnierzy. Na plecach mieli fufajki, pod fufajkami rubaszki wypuszczone na drelichowe spodnie, połatane na kolanach i na siedzeniu. Niektórzy mieli na sobie spodnie pikowane, watowane, bardzo ciepłe, jeszcze nie zdążyli zmienić na letnie albo nie mieli na zmianę. Buty także były połatane, cholewy brezentowe. Na głowie czapka uszatka. Na plecach worek zawieszony na sznurku, jak plecak. W plecaku rzeczy osobiste i żywność. Tak ubrani byli prawie wszyscy, wyglądali jak nędzarze. Chociaż niektórzy byli dobrze ubrani: bryczesy ładnie wyprasowane, buty skórzane z cholewami, wypastowane i wyglansowane, kurtka z materiału wełnianego.

Na miejscu była kuchnia polowa. Ochotnicy mogli liczyć na zupę i 600-gramową porcję chleba dziennie. Po jakimś czasie zaczął się formować transport kolejowy. Wagony towarowe. Na środku piec do ogrzewania i gotowania, po stronie lewej i prawej piętrowe prycze z drewna – spanie na gołych deskach. Wagonów około 50 (podczas postoju w Barnaule dołączyli jeszcze dziesięć), w każdym po 20 przyszłych żołnierzy. Pociąg pędził dzień i noc, zatrzymywał się tylko na większych stacjach, żeby wymienić lokomotywę i uzupełnić zapas żywności – chłopcy dostawali chleb, kawę zbożową, dwie duże puszki mięsnych konserw i paczkę machorki. Po ciągnącej się w nieskończoność podróży transport wreszcie dotarł do „miejsca przeznaczenia”. Przyszedł czas na wojskową ewidencję.

Podeszliśmy do stolika, gdzie siedział oficer. Zapytał: „Nazwisko?”, odpowiedziałem: „Maciejewski Kazimierz”. Zapisał wszystkie dane personalne, a potem zwrócił się do Olka: „Nazwisko?”, Olek odpowiedział: „Maciejewski Aleksander”. Oficer podniósł głowę: „To wy jesteście braćmi?”, a ja na to: „Tak, i chcemy być razem w jednostce”. Oficer chwilę pomyślał: „No dobrze, przydzielam was do fizylierów”. Dostaliśmy skierowanie najpierw do fryzjera i do łaźni, a potem po mundury. Nie wiedziałem, co mam zrobić z odzieżą cywilną, chciałem odesłać ją do domu, pomyślałem sobie, że mógłby z niej jeszcze skorzystać mój brat Ziutek na Syberii, ale mi nie pozwolono, musiałem oddać do magazynu.

I oto w naszej jednostce nastąpiła niespodzianka, nagle pojawił się ksiądz kapelan, nazywał się Wilhelm Kupsz. Został zmontowany ołtarz i msze były odprawiane co niedzielę. Przystąpiłem do spowiedzi. Ksiądz wypytywał mnie nie o grzechy, lecz o różne sprawy: kim był ojciec i czym się zajmował przed wojną, jaki stosunek miał do władzy radzieckiej, o nastroje panujące wśród żołnierzy... Na pytanie, kim był ojciec, skłamałem. Nie powiedziałem, że policjantem i został aresztowany w 1940 roku przez NKWD, tylko że pracował w budownictwie, poszedł na wojnę i już nie wrócił. Jeszcze zapytał, za co wywieźli nas na Sybir. Odpowiedziałem, że nie wiem. Ksiądz udzielił mi rozgrzeszenia i zadał małą pokutę, a w czasie mszy przyjąłem komunię. Natychmiast wszystko opowiedziałem Olkowi, uprzedzając, co ma mówić spowiednikowi. Po kilku dniach zauważyłem, że paru chłopców, którzy jechali razem z nami z Bijska i stali ze mną do spowiedzi, zaginęło bez wieści. Od tej chwili z Olkiem zaczęliśmy być ostrożni w swoich wypowiedziach.

Do ostatniej kropli krwi

Przed wyruszeniem w bój ochotnicy z kołchozów, kopalń i fabryk składali przysięgę. Na trybunie pułkownik Zygmunt Berling, Wanda Wasilewska, wspomniany kapelan Kupsz... Rotę żołnierze powtarzali za pułkownikiem Berlingiem. „Przysięgam ziemi polskiej i narodowi polskiemu, że do ostatniej kropli krwi, do ostatniego tchu zwalczać będę wroga Niemca, który zniszczył Polskę. Przysięgam wierność sztandarowi mojej dywizji i hasłu ojców naszych, które na nim widnieje: Za naszą wolność i waszą”.

„Żołnierze, jeszcze niedawno byliście bezdomną gromadą, dzisiaj jesteście wojskiem. Żołnierze, złoty róg brzmi, macie broń w rękach, macie sztandar, który nad wami łopoce. Miejcie wiarę głęboką, miejcie wolę twardą i niezłomną, a nasza dywizja spełni dług, spełni dług wobec ojczyzny, który na niej spoczywa. Żołnierze, czekają na was w kraju, czekają tam, w niemieckich więzieniach, niemieckich kazamatach. Idzie w świat legenda o polskiej dywizji” – Wasilewska przemawiała długo i płomiennie.

Składając przysięgę, z Olkiem staliśmy wyprostowani, trzymając czapkę w lewej ręce, a dwa palce prawej podniesione. Broń była przewieszona przez ramię. Po przysiędze padł rozkaz: Do defilady! Obserwatorzy patrzyli na nas z podziwem. Defilada była wspaniała, wszyscy zachwyceni, a zwłaszcza Wanda Wasilewska. Po defiladzie otrzymaliśmy wspaniały obiad, z dwóch dań, i każdy z nas mógł najeść się do syta.

Nadszedł dzień wymarszu na front. Część drogi żołnierze pokonali w samochodach, a dalej ciągnęli pieszo. Wieczorny odpoczynek szybko przerwał rozkaz: Na zachód marsz! Ruszyli. Niewiele później za sobą usłyszeli i zobaczyli niemieckie samoloty. Bombardowały miejsce, gdzie niedawno odpoczywali. Sowiecki wywiad działał... Wreszcie dotarli do celu, w okopach zajęli stanowiska po Armii Czerwonej. Miejscowość, gdzie mieli przejść chrzest bojowy, nazywała się Lenino.

Każdy z nas się bał, ale liczył, że może uda się przeżyć. Na Syberii pozostały nasze rodziny, matki, siostry, bracia, którzy tęsknią i marzą o powrocie do Polski. Teraz w naszych rękach jest ich los. Jesteśmy w okopach, jedni po cichu się modlą, drudzy wyciągają konserwy i zaczynają się posilać, jeszcze inni trzymają broń w pogotowiu. Napięcie ogromne, nie do opisania, w głowie krążą myśli, kiedy padnie rozkaz.

I oto nad naszymi głowami rozpoczęła się artyleryjska kanonada. Za chwilę z przerażającym świstem, wyciem leciały seriami jedna za drugą pociski katiuszy. Nawała trwała dosyć długo. I nagle na chwilę ucichła. W tym momencie dowódca poderwał kompanię: Żołnierze, na wroga! Na rozkaz wszyscy wyskoczyli z okopów. Ja z Olkiem ruszyliśmy biegiem. Z lewej widziałem nasze czołgi. Niestety, utkwiły w bagnie. Żołnierze szli do przodu, zabici padali, zbliżaliśmy się do niemieckich okopów. Olek puścił do Niemców serię z automatu, ja po-prawiłem. W zdobytych okopach znaleźliśmy dużo konserw. Obok Józek Mickuś też wpadł do okopu. Jego automat nie strzelał, widać zabrakło amunicji. Na fryca rzucił się z saperką, uderzył tak mocno, że fryc upadł. Zabrał Niemcowi automat, jeszcze naładowany.

Nagle nadleciały niemieckie samoloty, zrzucały na nas bomby. Rozpętało się piekło, świata bożego nie było widać. Upadłem, ranny w nogę. Olek mnie opatrzył i sam dołączył do jednostki. Znalazłem się w szpitalu, odłamek z nogi został usunięty, powoli wracałem do zdrowia.

***
Kazimierz Maciejewski wstąpił do Oficerskiej Szkoły Piechoty w Riazaniu, którą ukończył w stopniu podporucznika, i został skierowany do jednostki macierzystej. Aleksander Maciejewski zginął 30 marca 1945 roku w czasie walki na Wale Pomorskim.

PS Historię tę Józef Maciejewski opisał w książce „Witaminy syberyjskie. Wspomnienia z Ałtaju”.

Szymon Kozica

Z „Gazetą Lubuską” jestem związany od lipca 2000 roku - wtedy przyszedłem na praktyki do Działu Sportowego. Pracuję w redakcji w Zielonej Górze. Interesuję się sportem, ze szczególnym uwzględnieniem lekkiej atletyki i żużla, a także tym, co dzieje się w Zielonej Górze. Uwielbiam żywe lekcje historii, czyli wspomnienia Czytelników pochodzących z Kresów i nie tylko z Kresów. Czas wolny chętnie spędzam z książką w ręku. Moim ulubionym autorem jest Gabriel García Márquez, który o sobie mówił tak: „W gruncie rzeczy nie jestem ani nie będę nikim więcej niż jednym z szesnaściorga dzieci telegrafisty z Aracataki”.

W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

plus.expressilustrowany.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.