Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Łódzkie włókniarki wywalczyły więcej niż robotnicy z polskiego Wybrzeża

Czytaj dalej
Anna Gronczewska

Łódzkie włókniarki wywalczyły więcej niż robotnicy z polskiego Wybrzeża

Anna Gronczewska

O tym strajku mało dziś kto pamięta. Wybuchł 47 lat temu w Łodzi, kilkadziesiąt dni po wydarzeniach grudniowych na Wybrzeżu. Tym razem zbuntowały się łódzkie włókniarki. Zaprotestowały i wygrały.

Wszyscy pamiętają o wydarzeniach z grudnia 1970 r., ale niecałe dwa miesiące po nich zawrzało w Łodzi. Co spowodowało radykalizację nastrojów w łódzkich fabrykach?

- Po zamianach na szczytach władzy, usunięciu Władysława Gomułki i zastąpieniu go przez Edwarda Gierka w całym kraju dało się zauważyć znaczne odprężenie - wyjaśniał nam to prof. Krzysztof Lesiakowski, historyk z Uniwersytetu Łódzkiego, autor książki „Strajki robotnicze w Łodzi 1945-1976”. - Na poprawę nastrojów miała wpływ m.in. zapowiedź podwyżek płac dla najniżej zarabiających. Z uwagi na niskie płace w przemyśle lekkim w Łodzi spodziewano się, że nową regulacją zostanie objętych od 20 do 50 proc. załóg poszczególnych fabryk. Szybko jednak pojawiły się obawy, że podwyżki płac i tak nie zrekompensują grudniowych podwyżek cen, a także i tego, że wyże płace wiązać się będą z wyższymi normami.

Kroplą, która przelała czarę robotniczej goryczy, były wypłaty- za styczeń pracownicy fabryczni otrzymywali je na początku lutego. Okazało się, że wypłaty były niższe od tych za grudzień i z pewnością niższe od tych, których się spodziewano.

Prof. Krzysztof Lesiakowski w swej książce podaje, że już po ogłoszeniu podwyżek cen żywności w grudniu 1970 r., wzrosło napięcie w łódzkich fabrykach.

- Robotnicy mówili: „Mogliby na święta wyprodukować więcej »dziobatej szynki«, czyli kaszanki, bo na naturalną nie będzie nas stać”, „Piękną nam gwiazdkę dali”, „Powinniśmy strajkować, nie byłoby podwyżki” - możemy przeczytać w książce prof. Lesiakowskiego.

Wkrótce do Łodzi dotarły wieści o tragedii rozgrywającej się na Wybrzeżu. Na murach pojawiły się napisy, a na ulicach i w fabrykach ulotki: „Gdańsk walczy”, „Polacy! Dają nam telewizory, jak nam chce się jeść. Ruszamy do walki”, „Precz z partią”, „Przypomnij sobie sklerotyku, sk...byku coś obiecał w październiku”.

Rozpoczęły się też strajki w łódzkich fabrykach. 18 grudnia 1970 r. niecałą godzinę strajkowały dwa oddziały Łódzkiej Fabryki Maszyn Jedwabniczych „Majed”.

Dzień później strajk wybuchł w Wydziale Mechanicznym Widzewskiej Fabryki Maszyn Włókienniczych. Pracę przerwało ok. 100 robotników. Twierdzili, że chcą 10-minutową ciszą uczcić ofiary wypadków w Gdańsku. Robotnicy innych łódzkich fabryk domagali się zwołania tzw. masówek. Chcieli na nich dowiedzieć się o sytuacji w kraju. Zanotowano kilkadziesiąt przypadków oddania legitymacji PZPR.

- Komitet Łódzki partii i podporządkowane mu agendy państwowe zareagowały na zachodzące wydarzenia pełną mobilizacją - pisał prof. Lesiakowski. - Od 12 grudnia wprowadzono dyżury kierownictwa partyjnego i administracji w zakładach pracy. Codziennie o godz. 10 pierwsi sekretarze komitetów dzielnicowych, przewodniczący Rad Narodowych, komendant miejski Milicji Obywatelskiej (MO) i komendant garnizonu łódzkiego spotykali się w Komitecie Łódzkim, aby ocenić sytuację i ustalić kierunki działań. Komitety dzielnicowe partii przygotowały listy „aktywu”, po kilkaset osób każda, „do wykorzystania, gdyby taka potrzeba zaistniała”. Przy komendach dzielnicowych MO uruchomiono dyżury zwartych oddziałów Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej (ORMO). Opracowano teksty ulotek, które miały być upowszechnione po ewentualnym wystąpieniu łódzkich robotników. Ich treść brzmiała:

„Ludzie pracy! Kobiety łódzkie! Młodzieży łódzka! Wzywamy Was! Zachowajcie spokój, rozwagę i dyscyplinę. Każdy przejaw dezorganizacji życia godzi w nasze najżywotniejsze interesy. Tylko praca, ład i porządek mogą nam zapewnić przezwyciężenie powstałych trudności”.

Wydarzenia w Gdańsku zakończyły się zmianą władzy, ale sytuacja w zakładach pracy nie uspokoiła się. Włókniarki, bo to one stanowiły załogę łódzkich zakładów pracy, zaczęły domagać się podwyżek płac. Chciały też poprawy organizacji pracy, warunków socjalnych. 15 stycznia 1971 r. zaczął się strajk w łódzkich Zakładach Mięsnych. Nie trwał jednak długo. Potem okazało się, że to był początek...

Prawdziwa lawina strajkowa ruszyła w Łodzi 10 lutego 1971 r. Główną przyczyną była sytuacja materialna łódzkich robotników. Średnia płaca w przemyśle włókienniczym wynosiła w 1969 r. 1994 zł, a więc była o 448 zł niższa od przeciętnej pensji w kraju. Ministerstwo Przemysłu Lekkiego podjęło też decyzje, w wyniku których narastały różnice w wynagrodzeniu robotników w tzw. układzie branżowym i regionalnym.

- W efekcie przyrost płac w Łodzi był o ok. 50 proc. niższy niż w całym przemyśle lekkim - zauważał w swojej książce poświęconej strajkom w Łodzi prof. Krzysztof Lesiakowski.

Łódzkie włókniarki pracowały w ciężkich warunkach. Tylko w 85 proc. fabryk w Łodzi były szatnie. Natryski znajdowały się w co drugim zakładzie, a jadalnie w co piątym... Maszyny często pamiętały przedwojenne czasy.

Wszystko zaczęło się w Łódzkich Zakładach Obuwia i Wyrobów Gumowych „Stomil”, gdzie pracowało ok. 4 tys. ludzi. Ale tego samego dnia do strajku przystąpiły Zakłady im. Marchlewskiego, czyli dawna fabryka Izraela Poznańskiego. Pracowało w niej 9 tys. osób.

- Łódzcy robotnicy zaczęli strajkować, bo rozniosła się plotka, że zarobki będą o 200 - 300 zł niższe od grudniowych - mówił nam Leszek Próchniak z łódzkiego oddziału IPN. - Wśród postulatów strajkowych pojawiło się podniesienie pensji o 20 proc., stworzenia przejrzystego sposobu ustalania zarobków, sprawiedliwe wyliczanie wynagrodzenia za urlop oraz uczciwy podział premii eksportowej.

Maria Filipowicz, jedna z łódzkich włókniarek była uczestniczką wydarzeń sprzed 47 lat. Wspomina je w książce „Pospolite ruszenie” wydanej przez łódzki oddział IPN.

- Moja mama wychowywała samotnie cztery córki - wspominała. - Ja byłam najstarsza. Pewnego razu, miałam wtedy 13 lat, mamę zabrało z ulicy pogotowie. Nie miałyśmy za co żyć, więc przerobiłam sobie metrykę urodzenia i poszłam pracować na tkalnię do „Dzierżyńskiego”. Tam nauczyłam się zawodu.

Maria Filipowicz wspominała, że praca na tkalni była ciężka. Towarzyszył jej ciągły hałas. Trzeba było biegać między krosnami ustawionymi w dwóch rzędach.

- 16 w jednym, cztery w drugim - wyjaśniała łódzka włókniarka. - Lub 12 w jednym i osiem w drugim. I to wiązanie nitek... Krosna jak prawidłowo chodziły, to było dobrze, ale jak się zerwały to trzeba było się uwijać. Płacono tylko wtedy, gdy chodziły. Bo inaczej było postojowe.

Włókniarki musiały często pracować na trzy zmiany. Wiele twierdziło, że najgorsze były tzw. nocki. To znaczy praca na trzecią zmianę.

- Sama wychowywałam córkę i gdy przychodziłam o godz. 6 rano do domu, to brałam się za obiad - opowiadała o tamtych czasach Maria Filipowicz. - Potem odprowadzałam dziecko do przedszkola. Miałam dwie godziny na sen i szłam na zakupy. Po południu odbierałam dziecko i na dwie godziny przed pracą znów się kładłam. A o godz. 21.30 znów w tkalni. Nie dawałam już rady. Dziewczyny też nie raz przysypiały przy krosnach. Jak zlikwidowali trzecią zmianę, to okazywało się, że plan jest niewykonany. Zaczynały się tzw. nadróbki. Przychodziło się w sobotę na noc. Z takich trzech sobót miałam pół pensji. Jak szłam na popołudniową zmianę, to wstawałam o godz. 2 w nocy, żeby się ustawić w kolejce do rzeźnika, bo otwierali o 7. Raz coś kupiłam, raz nie. Ale to już było później, w 1980 r.

Maria Filipowicz przeżyła swój pierwszy strajk w lutym 1971 r. Potem strajkowała też w 1980 r.

- To nie jest takie łatwe strajkować - zauważała. - Bo człowiek przychodzi do pracy i nie pracuje. Nie wiem, czy taka jest dusza robotnika, że musi pracować, tworzyć. No i te konflikty między ludźmi jak się siedzi po dwie zmiany.

Maria Filipowicz przyznaje, że w 1971 r., kiedy obniżono pensje w łódzkich zakładach, a poniesiono ceny, wszyscy się zdenerwowali.

- No i zrobił się szum - opowiadała pani Maria. - W „Marchlewskim” staliśmy trzy dni. Wszystko było jednak niezorganizowane. Wywalczyliśmy, że cofnięto te ceny i dano nam przerwę śniadaniową, bo wcześniej takiej nie mieliśmy. Przynosiłam do pracy chleb, herbatę w słoiku i jadłam biegając między krosnami. Nie było możliwości, by człowiek usiadł i zjadł. Byłam wtedy delegatem w negocjacjach z Szydlakiem i Jaroszewiczem. Bo ja mam taki charakter, że zawsze pyskowałam. Nie dla samego pyskowania, ale jak trzeba było coś wywalczyć.

W 1970 r. Maria Filipowicz zapisała się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

- Namawiał mnie do tego kierownik tkalni - tłumaczyła. - W końcu się zgodziłam. I nawet przodownikiem pracy zostałam. Po strajku w 1971 r. było zebranie. Tam chcieli nam tę przerwę śniadaniową zabrać. Zrobiła się nieziemska awantura. Ludzie byli zastraszani. Ale ja wstałam i mówię: „Nie ma mowy!” W końcu wycofali się z tego pomysłu. Miałam szczęście do dyrekcji, bo nigdy mnie nie ukarali. Przede wszystkim dlatego, że dobrze pracowałam.

Początkowo postulaty strajkujących w Łodzi włókniarek, a także pracowników innych zakładów, miały charakter ekonomiczny, ale z czasem pojawiły się i polityczne. Zażądano powrotu do starych cen artykułów żywnościowych, ukarania winnych wypadków grudniowych i obniżenia zarobków ministrów.

11 lutego do „Marchlewskiego” przyjechał I sekretarz Komitetu Łódzkiego PZPR Józef Spychalski. Nie udało mu się przekonać załogi do zaprzestania strajku. Podobnie jak delegacji z Warszawy. W jej skład wchodzili Tadeusz Kunicki, minister przemysłu lekkiego, Władysław Kruczek przewodniczący Centralnej Rady Związków Zawodowych i wicepremier Jan Mitręga. Podobno to podczas tego spotkania z załogą jedna z włókniarek „Marchlewskiego” pokazała warszawskiej delegacji goły tyłek...

- Od 12 lutego 1971 r. liczba strajkujących znacząco wzrosła - mówił nam w wywiadzie prof. Krzysztof Lesiakowski. - W tym dniu nie pracowało ok. 12 tys. robotników, z czego 80 proc. stanowiły kobiety. Ale w szczytowy momencie, czyli 15 lutego, strajkowało ok. 55 tys. osób z 29 - 32 zakładów. Strajk objął najważniejsze zakłady branży bawełnianej, wiele z branży wełnianej i dziewiarskiej, ale też zakłady metalowe. Oczy strajkujący zwrócone jednak były przede wszystkim na ZPB im. Marchlewskiego.

12 i 13 lutego do strajku przyłączyło się kolejnych sześć zakładów. W fabryce im. Obrońców Pokoju nie pracowało 2500 robotników, w zakładach im. 1 Maja ok. 1100, w „Armii Ludowej” ok. 1000. Strajkowały też zakłady im. gen. Waltera, im. Kunickiego, im. Hanki Sawickiej.

Można jednak śmiało powiedzieć, że liderem tego strajku były zakłady im. Marchlewskiego. 13 lutego załoga dawnej fabryki Poznańskiego przerwała rozmowy z dyrekcją. Zażądała przybycia do fabryki Edwarda Gierka, I sekretarza KC PZPR, lub podwyżki płac o 250 zł.

- Jednocześnie zagrożono, że jeśli nie spełni się ich żądań, to robotnicy rozpoczną strajk okupacyjny - wyjaśniał Leszek Próchniak. - Postulatu nie spełniono. Od 14 lutego w „Marchlewskim” trwał strajk okupacyjny. Podobnie jak w zakładach im. Obrońców Pokoju, czyli „Unionteksie”.

Robotnicy z innych zakładów rozeszli się do domu, ale zapowiedzieli, że 15 lutego, w poniedziałek, przyłączą się do strajku okupacyjnego.

- Na wzór Gdańska zażądano przyjazdu I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka - zauważał prof. Krzysztof Lesiakowski. - Jak wiadomo, ten ostatni postulat nie został spełniony w takim kształcie, jak tego oczekiwali strajkujący. W Łodzi pojawił się zamiast Gierka ówczesny premier Piotr Jaroszewicz.

Przyjechał 14 lutego. Towarzyszyli mu członkowie Biura Politycznego PZPR z Janem Szydlakiem oraz Józefem Tejchmą na czele. Najpierw spotkali się z partyjnym aktywem w Teatrze Wielkim, a potem pojechali do „Marchlewskiego” i „Obrońców Pokoju”. Rozmowy nie przyniosły skutku...

Leszek Próchniak przyznaje, że sytuacja w Łodzi była poważna. Po wydarzeniach grudniowych w Gdańsku nowa władza nie chciała stosować rozwiązań siłowych. Po latach Piotr Jaroszewicz w książce „Przerywam milczenie” napisał, że po wizycie w Łodzi zrozumiał, iż łódzkim włókniarkom trzeba podnieść płace lub cofnąć podwyżki.

Gdyby pensje podniesiono włókniarkom, ruszyłaby lawina roszczeń ze strony innych grup zawodowych.

15 lutego Rada Ministrów poinformowała, że od 1 marca ceny artykułów żywnościowych, w tym mięsa i jego przetworów wrócą do poziomu sprzed grudnia 1970 r.

Nie da się ukryć, że sercem wydarzeń z lutego 1971 r. były zakłady im. Marchlewskiego.

- Niewątpliwie tak było, choć w tym czasie nie powstała żadna ponadzakładowa struktura, która z tej fabryki koordynowałaby strajki w Łodzi - mówił nam prof. Krzysztof Lesiakowski. - To w okolicy tych zakładów przy fabrycznych bramach gromadziło się najwięcej ludzi - rodzin strajkujących i rozmaitych postronnych osób.

To na skrzyżowaniu ulic Zachodniej, Północnej i Ogrodowej wieczorem 15 lutego zatrzymano ruch tramwajowy i doszło do zamieszek.

Do fabryki im. Marchlewskiego wieczorem 14 lutego na rozmowy przyjechał premier Jaroszewicz (stąd udał się do zakładów im. Obrońców Pokoju). A gdy strajk zaczął wygasać, część fabryk chcąc się upewnić, czy faktycznie tak jest, do zakładów im. Marchlewskiego przysyłała swoje delegacje, które miały się naocznie przekonać, że „Marchlewski” przystępuje do pracy.

Prof. Lesiakowski wspomniał, że do zamieszek doszło przed fabryką im. Marchlewskiego. Zebrało się ponad 500 osób, głównie młodych ludzi. Zatrzymywali samochody, tramwaje. Blokowali sąsiadujące z Ogrodową ulice. Interweniowała milicja. Potem protestujący przeszli na ul. Piotrkowską. ZOMO zatrzymało ich w okolicach ul. Zamenhofa. Zatrzymano ok. 30 osób.

Strajk został przerwany z chwilą wycofania się przez rząd z brzemiennej w skutki decyzji o grudniowych podwyżkach cen.

- Wieczorem 15 lutego został ogłoszony stosowny komunikat, a w następstwie tego w fabrykach stopniowo przystępowano do pracy - mówi prof. Lesiakowski. - To oznaczało, że włókniarska Łódź wywalczyła to, czego - mimo ofiar w ludziach - nie udało się osiągnąć robotnikom na Wybrzeżu.

Choć nie ulega wątpliwości, że strajki łódzkie zamykały robotniczą rewoltę zapoczątkowaną w Gdańsku.

Po strajku na spokój z pewnością nie mogli liczyć organizatorzy akcji protestacyjnej. Bezpieka zidentyfikowała te osoby i poddała je kontroli operacyjnej. Robotnicy ci musieli się też liczyć z tym, że przy najmniejszej niesubordynacji w przyszłości zostaną zwolnieni z pracy.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Expressu Ilustrowanego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Expressu Ilustrowanego
  • codzienne e-wydanie Expressu Ilustrowanego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Anna Gronczewska

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Wlodzimierz Raczynski

Mysle, ze włókniarki rzeczywiscie wywalczyly wiecej bo ich idol Palka sprzedal wiekszosc zakladow włokienniczych z najwiekszego zaglebia wlokniarzy i produkcji wlokienniczej jakim byla Łodz. W ten sposb zniknely ich miejsca poracy a miasto stalo sie gettem dla bezrobotnych. Dzis Łodz to polowa ludnosci z tamtych czasow. Jest niezwykle trudno osiagnac taki wynik w tak krotkim czasie, oprocz wojny.

plus.expressilustrowany.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.