Ewa ma raka mózgu. Zdecydowała się donosić ciążę. O swoje życie będzie walczyć później.

Czytaj dalej
Fot. archiwum prywatne
Agnieszka Nigbor-Chmura

Ewa ma raka mózgu. Zdecydowała się donosić ciążę. O swoje życie będzie walczyć później.

Agnieszka Nigbor-Chmura

Ewa Przybyło z Gorlic dowiedziała się, że ma złośliwego guza mózgu, a mimo to zdecydowała się donosić ciążę. W poniedziałek po raz pierwszy weźmie w ramiona swojego upragnionego syna. Nie może się tego doczekać.

Za trzy dni w niemieckim Regensburgu na świat przyjdzie syn Kamila i Ewy Przybyłów z Dominikowic koło Gorlic. - Nie mogę się już doczekać, by usłyszeć jego płacz, by wziąć go w ramiona - ze łzami w oczach mówi młoda mama.

Gdy w grudniu Ewa usłyszała, że ma rdzeniaka IV stopnia, złośliwego guza mózgu, odmówiła radioterapii, która mogłaby zabić dziecko. Przy wsparciu męża, rodziny i bliskich zebrano potrzebne pieniądze na wyjazd do Niemiec i leczenie.

Ewa siedzi na fotelu w pokoju, który od czterech miesięcy jest domem młodej rodziny. Przegląda stos cudnych, maleńkich ubranek.

- Te śpioszki są za duże. Przecież on cały wpadnie do tego - mówi do męża Kamila, uśmiechając się.

Kiedy nadeszła wiadomość o chorobie, była w 16. tygodniu ciąży. Maleństwo ważyło około 140 gramów i z powodzeniem zmieściłoby się na dłoni. Jego serce biło z częstotliwością 150 uderzeń na minutę. W brzuchu mamy uczyło się już ssać i połykać, ćwiczyło mięśnie rąk, próbując złapać pępowinę. Ze zdjęć USG nie wynikało jeszcze, czy to chłopiec czy dziewczynka.

- To naprawdę nieistotne, kochamy je od początku i będziemy walczyć o jego szczęśliwe życie - mówił Kamil.

W momencie kiedy większość przyszłych rodziców zastanawia się nad wyborem imienia dla swojej pociechy, czy też nad umeblowaniem pokoju, młody, ale doświadczony przez los i życie mężczyzna rozpaczliwie szukał pomocy, by ratować żonę i dziecko. Obietnicy dotrzymał, ale to dopiero początek, wygrana bitwa.

Dojrzała miłość

Ich syn waży już niemal 1,5 kg i ma 40 cm długości.

- Coraz częściej daje o sobie znać, wciskając nóżkę pod żebra swojej mamy - mówi Kamil. - Gdy już będzie z nami, rozpocznie się wojna, tym razem o Ewę - dodaje.

To była zwykła, młodzieńcza znajomość, jakich wiele. 16-letnia wówczas Ewa wysłała zadziornego SMS-a. Kamil na niego odpowiedział. Zaczęli się spotykać. Chłopaka ciągnęło do Łodzi.

- Ewa pochodzi z tego miasta, więc chciałem być blisko niej i zdecydowałem, że będę tam studiował - opowiada.

Ewa, dziś absolwentka zarządzania w Społecznej Akademii Nauk, do niedawna pracownik administracyjny Wyższej Szkoły Informatyki i Umiejętności. Kamil - absolwent Akademii Wychowania Fizycznego, obecnie pracuje jako magazynier w sieciowym markecie.

- Chcieliśmy żyć normalnie. Wzięliśmy ślub. Zamieszkaliśmy na piętrze domu rodziców Ewy. Zaczęliśmy pracować, marzyć o gruntowym remoncie mieszkania, z myślą o powiększeniu rodziny - opowiada.

Dzień, w którym dowiedzieli się, że zostaną rodzicami, był najwspanialszym w ich życiu.

- Ewa miała problemy z kręgosłupem, chodziła do masażysty. Ten zapytał ją kiedyś, czy nie jest w ciąży. Ta myśl chyba nie dawała jej spokoju, bo o 5 rano zerwała się na równe nogi, zrobiła test i okazało się, że rzeczywiście zostaniemy rodzicami - wspomina.

Diagnoza jak wyrok

Renata Przybyło, mama Kamila, nie może powstrzymać się od łez, gdy opowiada o chorobie synowej, o wyczekiwaniu na wnuka. - Ewunia źle znosiła ciążę, nie mogła jeść, wymiotowała. Z tego powodu wylądowała na oddziale ginekologiczno-położniczym. Wtedy nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy - opowiada przez łzy.

Gdy dziewczyna zaczęła mieć problemy z mową, opadał jej kącik ust, sztywniały kończyny, było wiadomo, że przyczyną złej kondycji przyszłej mamy nie jest ciąża.

Zlecono rezonans magnetyczny. - Badanie wykonano 2 grudnia o godz. 12. O 14 były wyniki, a o 19 Ewa leżała już na stole chirurgicznym - opowiada pani Renata.

Ewa i Kamil Przybyłowie zawsze są razem.
archiwum prywatne Ewa i Kamil Przybyłowie zawsze są razem.

To było najdłuższe siedem godzin oczekiwania w ich życiu.

- Wiedzieliśmy tylko, że Ewa ma guza móżdżku, zmiana była duża, około sześciocentymetrowa. Usunięto ją w całości - opowiada Kamil. Z wyników badań histopatologicznych dowiedzieli się, że to rdzeniak IV stopnia - nowotwór złośliwy mózgu. Rokowania nie były najlepsze.

Ze względu na rodzaj guza nie było możliwości przeprowadzenia chemioterapii. Reaguje on jedynie na radioterapię całej głowy i kręgosłupa.

- Niestety, ta wiązała się z brakiem szans na przeżycie naszego dziecka, dlatego trzeba ją było odłożyć do momentu, aż maluszek przyjdzie na świat - mówi Kamil.

Przyszły tata nie poddał się.

- Naszą jedyną nadzieją była wtedy bardzo droga terapia farmakologiczna. Ewa musiałaby być pod opieką niemieckich lekarzy onkologów - dodaje. Leczenie wymagało dużego nakładu finansowego. Pokrycie jego kosztów jest dla młodych trudne, tym bardziej że Kamil musiał zrezygnować z pracy zawodowej, aby zająć się Ewą, która po operacji wymaga całodobowej opieki.

Kamil nie założył rąk, nie załamał się, postanowił walczyć. Na portalu zrzutka.pl, organizującym zbiórki pieniędzy na rehabilitację osób ciężko chorych oraz na ich leczenie, założył profil - Pomoc dla mojej żony i dziecka.

Młodych samych sobie nie zostawili bliscy - rodzina, przyjaciele, mieszkańcy Dominikowic i Kobylanki, parafia, z której pochodzi Kamil. Jednego dnia udało się ten zebrać blisko 40 tysięcy złotych.

- Tylko dzięki pieniądzom z obydwu zbiórek mogliśmy wyjechać do Niemiec i zacząć leczenie Ewy - opowiada Kamil.

To początek walki o Ewę

Już po pierwszych badaniach w Niemczech okazało się, że sytuacja Ewy się pogarsza. Nowotwór dał przerzuty do odcinka szyjnego i lędźwiowego kręgosłupa.

Konieczna była kolejna wielogodzinna operacja, podczas której lekarze usunęli guza z odcinka lędźwiowego. - Już wtedy zaproponowali, by podać Ewie chemię, która powstrzyma przerzuty i może zmniejszyć guzy w obrębie szyi. Tych na razie usunąć nie można - opowiada Kamil.

Chemia miała chronić Ewę, ale też nie szkodzić dziecku. Niestety, każdorazowe jej podanie okupione było wielkim cierpieniem dziewczyny. - Ewka wymiotowała, była słaba, wyniki się pogarszały, dopiero gdy mijał kryzys, wracały do normy. Tak było za każdym razem - opowiada Kamil.

- Teraz wiem, że warto było podjąć to ryzyko. Ostatni rezonans magnetyczny pokazał, że istniejące guzy zmniejszyły się i co najważniejsze, nie ma nowych - cieszy się. Szansą dla Ewy jest kosztowna protonoterapia, której ma być poddana po rozwiązaniu.

Za trzy dni Ewa i Kamil zostaną rodzicami. Ich syn przyjdzie na świat przez cesarskie cięcie, w 32. tygodniu ciąży, czyli o około ośmiu tygodni wcześniej niż w naturalny sposób. - Tak zdecydowali lekarze. To ich zdaniem najbezpieczniejszy moment i dla naszego dziecka, i dla Ewy - komentuje Kamil.

Chłopiec będzie miał na imię Ragnar. - Tak jak legendarny władca Danii. Taki będzie nasz syn. Waleczny. W końcu przyjdzie na świat wbrew zaleceniom lekarzy - kończy przyszły tata.

Jak pomóc?
Chcesz pomóc Kamilowi w ratowaniu żony Ewy, wejdź na stronę internetową [KLIKNIJ]

Agnieszka Nigbor-Chmura

Jestem kierownikiem redakcji Gazety Krakowskiej w Gorlicach. Mam to szczęście, że w moim życiu spełniło się hasło: "Jeśli lubisz to co robisz, to nigdy nie będziesz musiał pracować".

W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

plus.expressilustrowany.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.